2020-09-14

NY nie śpi, ale to akurat przespał: "Loud Dreams Vol. 1" (Sean C & LV)

Sean C & LV przedstawiają się na swoim profilu instagramowym jako „production team behind most of your favorite songs”. Ktoś może nazwać to butą, a ja myślę, że dobrze, że o tym piszą, bo przecież są obrzydliwie niedoceniani.

Zrozummy się tu dobrze: rzadko słyszę, żeby ksywy Sean C & LV widniejące na tracklistach powodowały u kogoś szybsze bicie serca. Smutna sprawa, wszak wspólne CV ziomków jest całkiem zacne – lwia część „American Gangster” Jaya-Z, „The Big Doe Rehab” Ghostface'a, obecność na CDkach Ice Cube'a, Raekwona, The Roots czy Taliba Kweli. A gdyby jeszcze wziąć pod uwagę solową działalność Seana C – bardziej aktywnego z dwójki – to trzeba by dorzucić jeszcze co najmniej drugie tyle, z „Can't Knock the Hustle” na czele. No i nie zapominajmy, że lada dzień wychodzi trzecie solo Black Thoughta (i pierwsze jako pełnoprawny album, po dwóch EPkach) przez Seana wyprodukowane.

No podsumowując, koledzy strasznie są olewani przez FANÓW RAPU.

Wydane w 2014 „Loud Dreams Vol. 1” zapewne miało tę sytuację zmienić. Spójrzmy na tę obsadę – melduje się głównie Nowy Jork, zarówno dinozaury (między innymi Busta Rhymes, Raekwon, Jadakiss, Fabolous), jak i małolaty (A$AP Ferg), ale znalazło się też miejsce dla południa (Bun B, Big K.R.I.T., Devin the Dude), są wokaliści (CharlieRED, Angela Hunte), sekcja dęta (Hypnotic Brass Ensemble) i nawet poeta J. Ivy.

To, co najbardziej uderza na „Loud Dreams Vol. 1” to to, jak idealnie dopasowano gości do bitów. Tutaj, poza pojedynczymi wyjątkami, nie ma zaskoczeń, niespodziewanych kooperacji, żadnych prób wybicia raperów z ich stref komfortu – wszyscy brzmią tak naturalnie, jakby to wcale nie był album producencki, tylko składanka numerów żywcem wyjętych z ich własnych wydawnictw. I to wcale nie jakiś wypełniaczy.

I tym sposobem Jadakiss i Fabolous (choć w towarzystwie Buna B, to akurat ciekawy zestaw) ładują się na masywny, bardzo nowojorski kawał bitu, z mocną stopą i zawodzącym dęciakiem w tle. Podobnie dzieje się w kawałku Raekwona, tylko że jeszcze surowiej – można się poczuć, jakby był '95 i właśnie wychodził „Only Built 4 Cuban Linx...”. Busta Rhymes dostał oldskulowo bujający podkład z prostym, cyrkowym saksofonem, na tle którego swobodnie sobie krzyczy te swoje YO w kółko. Zjarane trio w składzie Devin the Dude, Asher Roth i Smoke DZA snują swoje zielone opowieści na produkcji żwawej i wesołej, ale jednak zadymionej, raczej relaksującej niż podnoszącej dupę. Na zupełnie przeciwnym biegunie jest wspólne dzieło Pushy T i A$AP Ferga – to już bardziej paranoja na bangerowo, dużo dziwnych, przerywanych odgłosów oraz nieprzyjemny, skwierczący, jakby dopiero co zdjęty z patelni bass. Ktoś się jeszcze nudzi? To co powiecie na dubowy, skąpany w delayach numer z Angelą Hunte?

Goście czują się jak ryby w wodzie, ale nie mam wrażenia, że naszym dzielnym producentom jest niewygodnie w którejś ze stylistyk, bo w każdą wchodzą naturalnie. Wszędzie zabierają swoje przyduszone, ciężkie brzmienie z wysuniętą na wierzch sekcją rytmiczną. Czuć, że te bity miały przede wszystkim bujać, bo to właśnie perkusje (często żywe!) i basy stanowią ich najważniejsze elementy, a melodie rozmyto i przesunięto w tła. Są dość proste, ale jednocześnie spełniają swoje podstawowe zadanie – pozwalają bitom płynąć i rzadko odwracają uwagę od masywnych sekcji. O chwytliwość dbają zaś raperzy i wokaliści – większość numerów ma dobre, śpiewane refreny.

Teraz, kiedy po sześciu latach od premiery odświeżam sobie „Loud Dreams Vol. 1”, jest mi szkoda, że nadal nie doczekaliśmy się kontynuacji, która zastąpiłaby tę dumnie wyprężoną jedynkę w tytule. Jeśli dobrze kojarzę, to poza jakimiś nieśmiałymi zapowiedziami w stylu „kiedyś tam będzie” nie dostaliśmy nic, co wskazywałoby na postępy w pracach. Tutaj raperzy po prostu brzmią, jakby się świetnie bawili nagrywając numery dla Seana C & LV – na żadnej znanej mi płycie producenckiej nie jest to aż tak wyraźne. Jak na tak przemyślany projekt (żadnego wypełniacza!), „Loud Dreams Vol. 1” zdecydowanie zasługiwało na większy rozgłos – dla otwartego fana nowojorskiej szkoły produkcji jest jak znalazł.

2020-08-30

Pomiędzy drugą a czwartą w nocy: 808bros - Your Neck May Hurt


Po seansie z „Your Neck May Hurt” szyja może faktycznie boleć, ale uszy powinny być usatysfakcjonowane.

To, że mam sentyment do duo producenckich nie będzie niespodzianką dla nikogo, kto spojrzy na górę tego bloga i dojrzy tam takie nazwy, jak The Ummah, Sean C & LV czy Neptunes (w sumie jeszcze mógłbym połączyć Alchemista i Oh No w Gangrene, dopiero teraz na to wpadłem, ech). Na wstępie 808bros mają zatem u mnie propsa za samo bycie bitmejkerskim tandemem i pozytywne skojarzenia, jakie taki układ niesie. Zajawka ze wspólnego klejenia bitów, wzajemna nauka, pomysły, na które „sam byś nie wpadł” i tak dalej, tego typu rzeczy. To wszystko pobrzmiewa też na „Your Neck May Hurt” – słychać tu dobre warsztaty obu kolegów, słychać też nieustanne przerzucanie się pomysłami. Ale o tym za moment.

Najpierw parę słów o samych bohaterach dzisiejszej recy. 808bros to LOAA i Gedz – efekty ich współpracy możemy podziwiać od 2018, w którym wyszło „247365”, zjawiskowe CD tego ostatniego. Produkcja tamtego krążka, za którą w głównej mierze odpowiadali właśnie 808bros, choć jeszcze nie podpisujący się tą nazwą, to temat na jakieś dłuższe wypracowanie. Nie była jeszcze idealna, ale już zapadała w pamięć – wyróżniała się światowością, pomysłowością, jednoczesną prostotą i złożonością. Nic dziwnego, że po tamtym albumie skrzynki obu kolegów zapewne zatkały się od zamówień na bity, co sugeruje pokaźna liczba kawałków z 2019 i 2020 wyprodukowanych już jako 808bros. W międzyczasie chłopcy zdążyli się rozwinąć i to, co na „247365” było jeszcze niedoskonałym zalążkiem (cierpiącym głównie na nadmierne skomplikowanie), obecnie jest już pełnoprawnym tworem.


No bo powiedzmy sobie szczerze – „Your Neck May Hurt”, pomimo paru słabszych momentów, zwyczajnie wymiata. To niecałe pół godziny basowej sieki z ciężkim, klubowym groovem i dobrymi pomysłami. Bez problemu rozpierdoli parkiet i samochód. LOAA dostarczył bogate tła, Gedz szczyptę melodii, do tego jest jeszcze gościnny udział człowieka-bangera P.A.F.F.a, a całość masteruje dobry ziomek Robert Dziedowicz.

Trafioną wizytówką jest już otwierający całość „ASSQUAKE” (wszystkie tytuły CAPSLOCKIEM) – odrobinę jamajski vibe, dużo fruwających, pociętych wokali, charakterystyczna 808brosowa perkusja. Warto zwrócić uwagę na kwaśny syntezator z 1:11 i na to, jak krótko z nami zostaje. Może na innym albumie ta melodia grałaby pierwsze skrzypce, ale tu nie ma na to czasu, trzeba pilnie zasypać słuchacza setką innych dźwięków i pędzącym rytmem.

Szukasz dobrych dropów? To odpal najlepszy na płycie, tytułowy „YNMH”, który po agresywnym, klubowym buildzie atakuje bardzo klasycznym rapowym bitem z podręcznikowo ułożoną perką i staroszkolnym breakiem, tyle że przyozdobionym wierzgającym basem, napędzającymi całość perkusjonaliami na dwa i odrobiną glitchy. W drugiej połowie numer na chwilę przyspiesza, pojawiają się (znowu) jamajskie sample oraz nieśmiertelny Amen Break, a końcówka ponownie spowalnia i odlatuje w jakieś southowe klimaty pokolorowane wobblem. Dużo smaczków, dużo polotu, dużo frajdy.


Albo weźmy takie „BIMB”. Ten numer wyróżniają plemienne bębny dodające utworowi dużo przestrzeni, a do tego pasujące do głównej melodii granej na syntetyku przypominającym jakiś proto-flet. W połowie kawałka motyw się obniża i chowa, a pierwszy plan przejmują gęste, przemysłowe, otwarte haty do wtóru zapętlonych sampli wokalnych.

Dobrze wypadł także kawałek z P.A.F.F.em – strzelam, że jego udział to przede wszystkim charakterystyczne haty i build oraz pozbawiony werbla drop za połową. Wrażenie robi też główny bit z delikatnie przesuniętym akcentem.

Rozczarowań na płycie nie ma zbyt wiele. „I'M DIFFERENT” to jeden z tych numerów, które odpalone w nocy za kółkiem przenoszą w inny wymiar, ale na tle reszty „Your Neck May Hurt” uderza to, jak wiele ciekawych rzeczy dzieje się w końcówce (ejtisowe syntezatory!), a jak mało w dłużącym się środku. Nie przemawia do mnie też aranżacja, która brzmi, jakby numer miał dwa outra – jakby po pierwszym producenci stwierdzili, że jeszcze trochę pociągną temat. W ogóle zakończenia to chyba jedyna pięta achillesowa 808bros, bo outro całej płyty też jest średnie – plastikowe, nudne „4AM” ma wszystko to, co reszta albumu, poza charakterem i dopracowaniem.

„Your Neck May Hurt” zawiera łącznie osiem kawałków i trwa raptem 29 minut, ale nie zostawia niedosytu. Numery pękają od dźwięków, groove się leje, a myśl o tym, co w klubach będą wyczyniać basy, będzie ekscytująca nawet dla kogoś, kto przesłucha ten album na słuchawkach za 10 złotych. Jeśli nudzisz się podczas długich jazd furą albo myślisz już o muzyce na post-covidową domówkę, to 808bros właśnie dostarczyli to, czego potrzebujesz.

2020-08-19

Szkoda byłoby przegapić #3: God Colony, BOKUN, Kidd x BROKN FLWRS

Dawno nie było nowej dawki ciekawych płyt (około)rapowych. No to teraz będzie.

God Colony – Cult


Nie sposób skleić odcinek „Szkoda byłoby przegapić” bez jakiejś dziwnej ćpalni. Dziś tę rolę spełnia „Cult”, pierwszy długograj producenckiego duo z Londynu – God Colony.

Osią „Cult” jest całkiem prawilny hip-hopowy wajb, ale żeby było ciekawiej, God Colony zasypali go grubą warstwą indrustrialu. Do tej rapowo-mechanicznej bazy dodają to, co im akurat strzeli do głów – w zależności od numeru może to być wojskowa marszowość odlatująca w niepokojący bad trip („Rebel Boy Soldier” z najbardziej znanym raperem z tej gromadki, Mykki Blanco), mogą być pasażowe, płynące syntezatory („The Real”), może być klaustrofobia i niepokój („Etiquette”, „Control”, „Places in My Head”) albo roztańczony rytm z bogatymi perkusjonaliami, pchającymi numer w popową stronę („Please”). Znalazło się też miejsce na hiciora – „Girls” to wymiatacz z mocnymi, wręcz stadionowymi bębnami i przebojowym zaśpiewem.

Słuchając „Cult” mam w głowie jakiś podziemny, ciemny i zadymiony klub z muzyką... cóż, klubową, ale przerywaną dziwnymi dźwiękami zza ściany. Może po drugiej stronie działa fabryka? A może sąsiedzi robią remont? Nie, to niemożliwe, przecież jest druga w nocy. Ja nie mam pomysłu, sprawdź „Cult” i sam wymyśl, co może być za tą cholerną ścianą.


Posłuchaj sobie:

BOKUN – Piliada


Idzie żarcik: co jest mniej wdzięczne od robienia rapu w Polsce? Robienie męskiego R&B w Polsce. To nie jest śmieszne.

Nie a serio. Pawła Bokuna kojarzyłem oczywiście z Młodych Wilków i z paru świetnych featuringów (Oer, Oxon – oba zajebiste, podobnie jak solowy numer na MW), ale, shame on me, nigdy jakoś nie znalazłem w sobie wystarczająco dużo determinacji, żeby sprawdzić jego autorski materiał, do dziś nie słyszałem nawet „Ulicznego psa” (podwójny shame on me). No i tak się mijałem z Pawłem aż do premiery „Piliady”, przy okazji której dałem się opętać rewelacyjnemu, lekko elektronicznemu singlowi „Nie pożyczaj”.

Początek „Piliady” jest bardzo R&B'owy (tak się to odmienia?), ale im dalej, tym ciekawiej – w „Zerze” surowa perkusja wije się po trapowemu, „Dlaczego” idzie ostrożnie w funk, „Szukam” to spokojna kołysanka, a „Karate” podszyto brudem i niepokojem i zamknięto czterosekundową, przeszywającą piszczałą, bo czemu by nie. No i nie można zapomnieć o „Cały czas”, pierwszym bardziej energicznym przebudzeniu płyty z – ponownie – zjawiskową końcówką.

Kiedy Bokun-producent dobywa tych różnych stylistyk, Bokun-wokalista w pocie czoła pracuje nad ripitowalnością albumu. Paweł o wiele więcej śpiewa niż rapuje (a nawet jak rapuje, to i tak podśpiewując, choć zdarza mu się pocisnąć zjawiskowo – druga zwrotka „Coś”) – i świetnie, bo ma dobry warsztat i miękki, pasujący do klimatu głos. A w sumie przede wszystkim ma łeb do melodii. Ciężko wybrać najlepszy refren, bo wszystkie wymiatają i wszystkie chce się nucić. Pozostaje mi posypać głowę popiołem i obiecać sobie, że po „Piliadzie” nie przegapię już żadnego nowego materiału od Bokuna.

Posłuchaj sobie:
BOKUN – Nie pożyczaj
BOKUN – List

Kidd x BROKN FLWRS – Rytuały przejścia


„Rytuały przejścia” zaczynają się wschodem słońca beztroskie „Cokolwiek” jest jak uśmiechnięty diler oferujący pierwszą działkę za darmo. Nie, młody, dalej wcale nie ma ciężkiej, gorzkiej płyty, no skąd.

Na biegunie przeciwnym do „Cokolwiek” czyha „Mówię im”, najsmutniejszy kawałek na płycie, ze smętnym, płaczącym samplem w refrenie (z obniżonym strojem – tak, jak to BROKN FLWRS lubi) i „schodzącym”, rozmytym motywem. Reszta płyty jest nastrojowo rozcapierzona między „Cokolwiek” a „Mówię im”, ale jednak bliżej tego drugiego – na porządku dziennym są mozolne tempa, perkusje raczej przybijające do gleby niż bujające głową oraz szwędające się, nocne syntetyki. Słychać też zamiłowanie producenta do przeciągłych motywów, przy których czasem ciężko stwierdzić, czy toto grane, czy samplowane i przejechane setką efektów.

Przez niemal całą płytę BROKN FLWRS trzyma się raczej w tle. Kidd swoje wrażenia z dorosłości i konfrontacje z otoczeniem opisuje tak gęsto, że to odczucie nie mija nawet przy niemym refrenie „Zdalnie”, w którym producent rozwija aranżacyjne skrzydła. A kiedy w czterech numerach do głosu dochodzi spoken wordowa natura Wojtka, BROKN FLWRS usuwa się jeszcze bardziej w cień i daje wybrzmieć deklamowanym puentom. A teraz plot twist – ani przez chwilę nie pomyślałem, że coś tu jest nie na miejscu. Relacja między raperem a producentem brzmi bardzo naturalnie – chociaż treść jest obfita, to nie czuć, żeby to Kidd dyrygował płytą, wszystko odbywa się na zasadzie koleżeńskiej współpracy. Mimo ciężaru muzyki i tekstów świetnie się tego słucha, to album na wiele skupionych sesji z wyłuskiwaniem szczegółów w obu sferach.

Kidd x BROKN FLWRS – Mówię im (feat. Alex)
Kidd x BROKN FLWRS – Zdalnie

2020-07-29

Siema, hip-hop: Zioło - Rzecz after rzecz



21 października 2019.

Bankowo słyszałeś tę anegdotę, że każdy Amerykanin umie precyzyjnie powiedzieć, co robił 11 września 2001, kiedy dotarły do niego wieści o zamachach. Ja umiem precyzyjnie powiedzieć, co robiłem 21 października 2019 wieczorem – otóż wracałem sobie z warszawskich Hybryd, z absolutnie wspaniałego koncertu De Statt. Na luzaku jeden z najlepszych koncertów w tamtym roku. Z klubu wyszedłem bogatszy o koszulkę, trzy płyty i chwilę rozmowy z wokalistą. Do szczęścia brakowało już tylko zaspokojenia gastrofazy, na szczęście kebsy przy metrze Świętokrzyska działały jak zwykle.

Zamówiłem. Stoję w kolejce. De Staat. Koncert. Zajebisty koncert. Szczęśliwy. Zmęczony. Alkohol. Gastro. Głodny, Jezu. Gastro. Dajcie kebsa. Telefon. SMS. Mateusz Osiak. „Zioło...”. Zioło CO?

Dzień później na peju Konwertera dźwiękowo-tekstowego przeczytałem wspomnienie Zioła i znowu, tak samo jak wcześniejszego wieczoru, poczułem się, jakby umarł mi brat. Parę lat wcześniej bawiło mnie, że kiedy odszedł Dio, to ludzie byli jak „Ojejku, zmarł typ, który mnie wychował, tak mi smutno”. Myślałem sobie, że to głupie, że śmierć jakiegoś artysty, nawet tak zasłużonego, prowokuje do płaczu i ogólnie do bycia skapcaniałym. Jak zwykle, rzeczywistość przyszła i zweryfikowała moje poglądy. Moim Dio był Zioło.


A teraz robimy fast forward do teraźniejszości. Mamy lato 2020 i nie zgadniecie, co się stało – dysk Michała okazał się wypełniony niewypuszczonymi bitami, więc jego ekipa Rób Rzeczy (podejrzewam, że przede wszystkim BROKN FLWRS) skleiła z nich beattape.

Pierwsze, oczywiste skojarzenie, to pośmiertny album Zjawina („Wszystko jedno” z 2012). Zarówno na tamtym projekcie, jak i na „Rzecz after rzecz” (swoją drogą – kapitalny tytuł, sam Zioło pewnie byłby dumny) słychać pewną „roboczość”, szkicowość. Ciężko nie odnieść wrażenia, że to nie jest ostateczny, domknięty materiał. Tu miało się coś jeszcze dziać, te miejscami króciutkie (czasem minuta, czasem dwie) bity miały pewnie być pokolorowane – może wokalem? A może bardziej rozwiniętym aranżem? A może bardziej „albumową” formułą? Prawie wszystkie cierpią na brak outer, po prostu urywając się na końcu któregoś taktu. No nic, dywagacje odstawmy na cztery akapity dalej, na razie skupmy się na tym, że „Rzecz after rzecz” dojechała do nas w postaci takiej, a nie innej.


Kto słyszał dotychczasowe produkcje Zioła, ten nie będzie zaskoczony klimatem tego beattape'u. Bity są przebojowe, pachną trochę Timbalandem i ogólnie mainstreamem sprzed piętnastu-dziesięciu lat (te werblowe przejścia w „Dianoxethamine”, no przecież to jest 2008 jak żywy), ale wszystkie zawierają charakterystyczny stempel Zioła, nie do pomylenia z czymś innym. To głównie wszędobylska elektronika – choć Zioło obficie korzysta z sampli, to przeważnie zostały mocno przetworzone albo zepchnięte do teł (a najczęściej i jedno, i drugie), a główne melodie zwykle grają syntezatory o charakterystycznych, kwaśnych barwach. Znalazło się też miejsce na tak lubiane przez Zioła ośmiobity („Bounce”, „Loonatic”, „Sail”).

Rozpoznawalny jest również „syrenowy” sposób komponowania melodii. Te często wiją się z góry na dół, układając się w motywy i dziwaczne, i chwytliwe. Jeśli nie chcecie, żeby linie z „One of These Ol' Days 2” czy „Dianoxethamine” chodziły wam po głowie całymi godzinami blokując miejsce na cokolwiek innego, to poszukajcie sobie jakiegoś mniej wwierającego się w łeb projektu.

Kawałków jest 17 i gdyby chcieć szukać minusów tego beattape'u (oprócz miejscami trochę zbyt plastikowego brzmienia), to właśnie w objętości. Jak już wspomniałem, bity bywają krótkie, a że niemal wszystkie są bardzo intensywne i napakowane dźwiękami, już w połowie odsłuchu czuć przesyt. Ja ogólnie uwielbiam ten przebodźcowany sposób produkcji – dla mnie to jest wręcz zaleta – ale całość naprawdę wymaga dużego skupienia i wielu odsłuchów. Zewsząd atakują earwormowe, żebrzące o skrawek uwagi, bezwstydnie hitowe melodie. Klimat zmienia się jak w kalejdoskopie, raz jest baunsowo, raz jest dynamicznie, raz jest smutno i zamulasto, a raz jest przećpanie i krzywo. Początek płyty to staroszkolne klimaty z odrobiną reggae („Dome”), środek żeni abstrakcję z bangerozą („Humma 2”, „Keeping Calm”), a ostatnie dwa numery delikatnie jazzują. Wszystko to przeplatane rzeczami z zupełnie różnych parafii. Bałagan jak chuj, ale nikt nie obiecał, że będzie łatwo, zwłaszcza biorąc pod uwagę szkicowy, pośmiertny charakter „Rzecz after rzecz”. Poza tym – te produkcje są na takim poziomie, że wiele można im wybaczyć.


Otwarte pozostaje pytanie, czy przed wydaniem „Rzecz after rzecz” nie można było trochę ogarnąć tego chaosu. Odwołując się jeszcze raz do „Wszystko jedno” Zjawina – jeśli dobrze pamiętam, to L-Pro, który sprawował pieczę nad tym materiałem po śmierci Bartka, zadbał o to, żeby wrażenie szkicowości pozostało, ale jednocześnie trochę podpimpował niektóre produkcje. Tymczasem numery z „Rzecz after rzecz” nie brzmią, jakby ktoś w nich grzebał – wygląda na to, że Rób Rzeczy zdecydowali się nie ingerować w żadnym stopniu w pomysły Zioła. Choć osobiście chętnie usłyszałbym pośmiertną twórczość Michała zamkniętą w jakąś mniej przypadkową formę, to pomysł z zostawieniem tych bitów bez zmian jest odważny i, nazwijmy to, szlachetny.

Można również zapytać: Dla kogo to jest beattape? Otóż jest to beattape dla każdego, kto lubi instrumentalny hip-hop. Mnogość nastrojów jest tak duża, że przemówi do wszelkiej rapowej głowy. Jeśli szukasz muzyki, która będzie ci długo służyć i przez jej absurdalną przebojowość będzie ci ciężko ją zdjąć ze słuchawek, to... na co właściwie czekasz? „Rzecz after rzecz” pyta, kiedy go wreszcie posłuchasz.

2020-07-06

Rap nie śpiewanie: Oxon/Sarnvla - Lifter


Tak sobie myślę, że jeśli „Lifter” miał mnie podnieść na duchu, to coś poszło nie tak.

Mamy tu MC na miarę 2020. Takiego, który bez problemu rozbujałby publikę nawet grając w zakładzie pogrzebowym. Który poleci i pod klasykę, i pod trapy, i technicznie, i prosto, wymyśli chwytliwy refren, czysto go zaśpiewa, a do tego da się polubić jako człowiek. Mamy również wszechstronnego producenta. Młodego stażem, ale już mogącego sobie wpisać w CV choćby ostatni BonSoul. Bez problemu dogra ci żywą gitarę, klawisze, wpadnie na dobry pomysł na mostek i ogólnie na każdym kroku zdradza osłuchanie i szerokie horyzonty. Na wspólnym wydawnictwie tej dwójki od pierwszego numeru lecą wióry – słychać, że panowie dobrze się kumają nawzajem i że chemia między nimi jest prawidłowa.

Brzmi jak przepis na kopalnię hiciorów? Owszem, brzmi. Szkoda tylko, że i Oxon, i Sarnvla najwidoczniej uwierzyli, że „Lifter” faktycznie kopalnią hiciorów będzie, a następnie skomponowali płytę dookoła tego wierzenia. Chociaż słowo „skomponowali” jest akurat trochę nie na miejscu, bo sugeruje przemyślenie, dopracowanie, poddanie refleksji. Czyli rzeczy, których akurat na „Lifterze” nie słychać.

Album jest różnorodny, a w poszczególnych utworach dzieje się dużo – są najeżone przejściami, zmianami bitów, rozbudowanymi instrumentariami. I owszem, polot i wszechstronność obu autorów robią wrażenie, tylko że część patentów jest trafiona w środek traczy, część działa na szkodę kawałków, a część tak właściwie nie służy za bardzo niczemu oprócz wywołania pustego efektu „wow”. Im dłużej słucham tego projektu, tym wyżej kiełkuje w mojej głowie myśl, że przydałby się tu jakiś zewnętrzny producent wykonawczy. Taki, który powiedziałby Oxonowi i Sarnvli, co służy tym – bądź co bądź – PIOSENKOM, a co nie. Taki, który pozwoliłby temu albumowi dojrzeć. Odfiltrowałby to, co efekciarskie od tego, co faktycznie potrzebne.


W obecnej formie „Lifter” to kompilacja spektakularnych wzlotów i nie mniej spektakularnych upadków. Zapytacie mnie o wzloty? To ja wam odpowiem – spójrzcie przede wszystkim na trzecią zwrotkę „Własnego lotu”, w której świetny, bulgoczący bas skutecznie ożywia aranż. Jest tam groove, jest życie, noga chodzi, głowa się buja. Dobrze wypada najsurowszy na płycie „Jestem śmieciem” z odrobinę SoulPete'ową szkołą produkcji (te otwarte haty! Ten werbel! Te porozrzucane, skąpane w delayu okrzyki!). Klimat jest duszny, melodia oszczędna, refren będę krzyczał na koncercie jak głupi, całość prze do przodu. „Kocham, kocham” z kolei ma kapitalny, funkowo-dyskotekowy, automatycznie chwytający sampel w refrenie, a raper uroczo sobie nuci w outrze. Fani gitar dostają „Tlen” i jego dynamiczne, dobrze zarapowane zwrotki z udanymi mostkami. Nie sposób przemilczeć „Złączonych w czasie”, co jest o tyle istotne, że podczas pierwszych odsłuchów ten numer mi trochę wyleciał drugim uchem, ale po czasie uważam go za chyba najbardziej satysfakcjonujący track z tego CD. Zwrotki chwytają za serce (bo traktują o ważnych rzeczach i są ładne), przejście w połowie kawałka się sprawdza, a za masujący bas i za refren Sarnvla powinien dostać order.

Zapytacie mnie o upadki? Cóż, na pewno trzeba wyróżnić numer „W siną dal”, czyli, według słów Oxona, „Pierwszą westcoastową szantę w Polsce”. Imprezowy kawałek ugryziony z perspektywy barmana, w klimacie westcoastowo-szantowym? Super patent! Niestety położony został na tak obrzydliwie generycznym westowym bicie, że brzmi jak parodia. No i oczywiście, skoro to west coast, to na koniec obowiązkowo pokolorowano go piszczałą – ale ta zamiast grać dobrą melodię, wije się chaotycznie i jest tak absurdalnie głośna, że zagłusza fajny przecież refren, cholera wie po co. Grrracz w „Szafie pełnej kicksów” Gedza pokazał, jak to powinno wyglądać, i zrobił to za pomocą dziesięć razy mniejszej liczby nut.

Kawałek tytułowy rozwija się niespiesznie i początkowo obiecuje coś szlachetnego, wycyzelowanego, ale to wrażenie mija z którymś z kolei niepotrzebnym, hamującym dynamikę przejściem. Oprócz niepotrzebnych przejść mamy tu również refren, który jest nachalnie stadionowy i radiowy, co można byłoby jakoś wybaczyć, gdyby jeszcze do tego był przebojowy. No ale niestety – za dużo pary poszło w napisanie i wyeksponowanie usilnie hitowej linii, a za mało w zrobienie po prostu dobrego kawałka muzyki. I jeszcze ta patetyczna gitara na koniec, Jezus Maria. Muzyka przez zbyt wielkie M.


Ktoś mógłby mi wytknąć, że wśród pochwał wymieniłem ponad pół płyty, a zjechałem raptem dwa numery, więc czemu niby narzekam. Rzecz w tym, że nawet tym lepszym kawałkom daleko do ideałów.

Sarnvla (może przez swoją instrumentocentryczność?) miewa problemy z perkusjami. Mimo że potrafi zrobić dobry bit oparty na perce („Jestem śmieciem”), to zdarza się, że brzmi ona sztucznie, jak jakiś niechciany, uciążliwie konieczny element podkładu. Ta z „Własnego lotu” nie klei się do reszty bitu, ani stopa, ani werbel niezbyt dobrze się tam odnajdują. Podobnie dzieje się w „Tlenie” – może dźwięk snare'a powinien być bardziej naturalnie „perkusyjny”, a nie plastikowo-ciężki, skoro całość jest tak żywo rockowa? Zresztą ten kawałek, chociaż pomysłowy (tamburyn!), to wydaje się drapieżny na pół gwizdka.

Skoro o „Tlenie” mowa – bardzo fajnie, że Oxon śpiewa chwytliwy refren, ale nie obraziłbym się, gdyby mniej prężył mięśnie strun głosowych na rzecz zbicia trochę wskazówki na przypałometrze. Rozumiem konwencję, lecz wystarczy sięgnąć do jego własnej dyskografii („Jinchuuriki”), żeby znaleźć lepsze pomysły na okołorockowe zaśpiewy. Również „Kocham, kocham”, które wyżej chwaliłem za refren i końcówkę, jest początkowo ciężkie do przełknięcia, bo to sklejka trzech różnych bajek, gdzie każda zwrotka szydzi z innej stylistyki. Jaką to niesie korzyść dla kawałka i jego słuchalności – nie wiem. „Własny lot”, poza szaloną trzecią zwrotką, jest raczej nijaki.

Gdyby ktoś mnie zapytał, czy Oxon i Sarnvla są w stanie nagrać o wiele lepszy materiał niż „Lifter” to bez sekundy zawahania odpowiedziałbym, że tak. Obaj mają horyzonty i umiejętności niezbędne do robienia wielkich rzeczy. Myślę jednak, że w tym przypadku ta szerokość horyzontów (oraz wynikająca z niej nadpodaż pomysłów) okazała się przekleństwem. Wyobrażam sobie, że kiedy panowie siedzieli na kwadracie Oxona i dzielili się pomysłami na kawałki, o wiele za dużo było między nimi pstrykania palcami z zajawki i powtarzania „O tak, zajebisty pomysł, dorzućmy do tego numeru JESZCZE to”, a za mało „Nie, daj spokój, nie chcemy tego przekombinować, to mają być dobre piosenki, a nie masturbacja własnymi ambicjami”. Nie pomagają wypływające tu i ówdzie problemy z brzmieniem. Z „Lifterem” raczej się nie spotkamy na liście roku, ale nie mogę się doczekać, co panowie zaproponują na kolejnych – nie mam wątpliwości, że lepszych – projektach.

2020-06-21

Fantastyczna Czwórka:15 moich ulubionych kawałków Black Hippy

Wiecie, za co najbardziej lubię rap? Za grupy.

Jednym z moich wielu skrzywień przy odbiorze muzyki jest fanatyczna podjarka grupowymi kawałkami. Uwielbiam wszystkie, nawet te absolutnie najgorsze posse cuty. Za co? Za słyszenie obok siebie wielu raperów, wyłuskiwanie różnic między nimi, znajdowanie podobieństw i zajawkę ze wspólnego rapowania, która mi się udziela i robi dzień. Pewnie cię zatem nie zdziwi, że entuzjastycznie reaguję na każdy nowy numer Black Hippy.

A czym jest Black Hippy? – mógłby zapytać ktoś. No jest to, nie bójmy się tego słowa, gwiazdorska ekipa, którą tworzą Kendrick Lamar, ScHoolboy Q, Jay Rock i Ab-Soul. Niestety funkcjonują bardziej jako grupa ziomków niż regularny, studyjny skład – zwłaszcza po tym, jak kariery Kendricka i ScHoolboya eksplodowały, a Rock i Soulo pozostali w cieniu. Black Hippy nigdy nie wydali wspólnej płyty i konsekwentnie zaprzeczają, jakoby taka miała w ogóle powstać, a co więcej – ostatnio jakoś nie spieszy im się nawet do wspólnego nagrywania. O ile jeszcze dekadę temu obficie sypali wspólnymi kawałkami, o tyle później zajęli się głównie sporadycznym remixowaniem swoich solowych singli, ale ostatni taki remix wyszedł w 2018.

Zawieszenie Black Hippy jest o tyle przykre, że cała czwórka obok siebie brzmi bardzo zajawkowo i unikalnie. Wchodzą sobie w słowo, dynamicznie zamieniają miejscami przed mikrofonem, rapują wspólnie czy nawijają po prostu o sobie wzajemnie. Bez względu na klimat kawałka zawsze brzmią jak grupa bliskich ziomków, którzy świetnie się znają i dobrze bawią. A przecież każdy z nich pochodzi z zupełnie innej planety – Kendrick to społeczny uświadamiacz, Q to gangus i diler, Rock to twardy skurwysyn z ulicy, a Ab-Soul to wiecznie spizgany, wesoły osiedlowy filozof. I kiedy cała ta amalgamatowa gromadka rapuje razem, to nie ciągną uparcie każdy w swoją stronę, tylko jakimś cudem zlepiają się w jeden uniwersalny byt.

Tyle teorii, teraz wypadałoby potwierdzić, że w przypadku Black Hippy faktycznie 2+2=5. Wybrałem okrągłe 15 kawałków i jakby tego było mało, to jeszcze je ułożyłem w kolejności od najmniej do najbardziej ulubionego, żeby było emocjonująco. Postaram się o nich pisać zwięźle, ale nie wiem, czy mi się uda, więc na wszelki wypadek zrób sobie herbatę czy coś.

15. ScHoolboy Q – THat Part (Black Hippy Remix)


Zaczniemy niekonwencjonalnie: JAK JA NIE LUBIĘ TEGO KAWAŁKA. Jego albumowej wersji, znaczy. Oryginalny „THat Part” może sobie mieć dobry refren i epokowy wjazd Kanyego Westa, ale ten smętny podkład i nudnawe zwrotki do dziś składają się na mój najmniej ulubiony numer ze świetnego przecież „Black Face LP” ScHoolboya. Na szczęście wszystko staje się lepsze, kiedy Black Hippy robią remix – bit jest surowy, więc kiedy gramoli się na niego równie surowy Jay Rock, wreszcie brzmi to jak należy. Trzeba jeszcze zwrócić uwagę na zwrotkę Kendricka, która służy właściwie tylko flexowi w opcji „patrzcie ile naćkałem rymów”, ale brzmi to tak, że nie mam pytań.

14. Black Hippy – Target Practice (feat. Bad Lucc)


Sześć i pół minuty, pięć długich, braggowych zwrotek – say „hi” to the „Target Practice”. Bad Lucc ze swoim notorycznym offbeatem wypada dość blado na tle kolegów z Black Hippy, zwłaszcza Kendricka nawijającego z taką pewnością siebie, jakby już w 2011 wiedział, jaką ikoną stanie się po wydaniu „good kid, m.A.A.d city”.

13. Black Hippy – Scenario


Sentymentalny powrót do przeszłości – jak komuś przeszkadzają proste rymy i mamrotanie, które zdominowały dzisiejszy mainstream, to niech czym prędzej odpala „Scenario”. BH dobierają się do klasycznej produkcji A Tribe Called Quest i wszyscy składają prawilne, szybkie zwrotki. ScHoolboy wchodzi w tryb turbo, a Soulo brzmi miejscami jak reggae'ujący Jamajczyk. Cała czwórka przypomina rozpędzoną sztafetę, płynnie przekazującą pałeczkę.

12. Ab-Soul – Black Lip Bastard (Black Hippy Remix)


Jedyny w tym zestawieniu bit autorstwa Willie B – najbardziej niedocenianego członka Digi+Phonics. Kto na tym przymulonym pianinku brzmi najlepiej? Typy mam dwa – pierwszy to ScHoolboy, który dobywa tę swoją charakterystyczną chrypę i dużo miejsca poświęca energicznym przeciągnięciom i darciu japy. Drugim zaś zwycięzcą jest Jay Rock – jego długaśne, półtoraminutowe wejście to osiedlowo-braggowy strumień świadomości, przy którym mam wrażenie, że słucham dzikiego zwierza, a nie człowieka. Wszystko na miejscu.

11. Black Hippy – Nahright, Onsmash


Ej, to może teraz na chwilę zwolnimy obroty? „Nahright, Onsmash” odpręża, relaksuje i kołysze. Na tle prostego, zapętlonego sampla i masującej mózg gitary dzieje się kilka ważnych rzeczy: przede wszystkim zwrotki Lamara i Rocka uroczo się zazębiają, gdyż obaj raperzy name-droppują siebie nawzajem. Ab-Soul rzuca parę swoich typowych gierek słownych, a w ostatniej zwrotce ScHoolboy operuje olewczym i leniwym flow.

10. Black Hippy – Top Dawg Cypha (feat. Lil' Louie)


Tam wyżej napisałem, że Black Hippy przy sobie brzmią, jakby się dobrze bawili. Na kolejnych miejscach będzie jeszcze parę okazji, żeby to zaprezentować, ale po „Top Dawg Cypha” też można odnieść wrażenie, że rapowanie to najlepsza zabawa na świecie. Spokojnie wolno skipnąć niezbyt porywający występ Lil' Louiego i zatrzymać się na gęsto zarymowanej zwrotce Rocka lub – jeszcze lepiej – tej Ab-Soula, wypełnionej jego głupawym poczuciem humoru.

09. Black Hippy – On Some Other Shit


I wracamy w krainę zielonego czilautu. Tutaj lśni relaksujący bit i refren wspólnie wykonany przez całą czwórkę. Chłopcy – znów – bawią się w najlepsze, co cztery wersy zamieniając się miejscem przed mikrofonem: w pierwszej zwrotce Soulo z Rockiem, w drugiej – Kendrick z Q.

08. Black Hippy – I Do It For Hip Hop



Ja ogólnie mam taką teorię, że na tym dostojnym, głębokim bicie nie da się źle zabrzmieć i nawet jakby dograł się do niego twój sąsiad z sąsiedniej klatki, to też by z tego wyszedł słuchalny numer. Pytanie, kto brzmi najlepiej, pozostaje otwarte – może zachrypnięty Jay Rock, który już od pierwszych sekund nadaje ton całej wspólnej twórczości Black Hippy (ten numer otwierał ich bootleg)? A może jeszcze bardziej niż zwykle zamyślony Ab-Soul?

07. Black Hippy – Zip That Chop That



Jezus Maria, co tu się dzieje! Wspólny jest zarówno refren (w którym najmocniej wybrzmiewa ultrachwytliwa linijka Q – We cook that, chop that, guess what? That's craaaack!), jak i zwrotki zarapowane ze zmianą rapera co cztery wersy. I mimo tego, że każda czwórka ma innego autora, ci goście utrzymują schemat rymów pomiędzy swoimi wejściami. Jeśli to nie jest zajawkowe, to nie wiem, co jest.

06. Kendrick Lamar – UOENO (Black Hippy Remix)



Tego jeszcze nie było, pierwszy raz widzicie to na Producenkim Punkcie Widzenia – Black Hippy na smutnym bicie. Raperzy jednak nie brzmią, jakby płakali w poduszkę (może poza Ab-Soulem): „U.O.E.N.O” otwiera Kendrick, który płynnie przechodzi od swojego zmysłowego, zielonego głosiku aż do krzyku. Zamyka natomiast Jay Rock – chyba nigdy przedtem nie wspiął się na ten poziom melodyczności w swojej prawilnej gadce.

05. Kendrick Lamar – Swimming Pools (Black Hippy Remix)


I znów Rock robi fantastyczną robotę wystawiony na pierwszą zwrotkę – jego ciężki głos świetnie klei się z tym przytłumionym bitem, który faktycznie wtedy jeszcze brzmi jak słyszany spod wody. ScHoolboy z kolei sięga do szuflady z podpisem „jedno z najelastyczniejszych flow, na jakie cię stać”, a fenomenu refrenu Kendricka nie trzeba tłumaczyć nikomu, kto choć raz spożywał alhkol w towarzystwie tego numeru. Do tego pomnikowa produkcja T-Minusa – czego trzeba więcej?

04. ScHoolboy Q – Rolling Stone (feat. Black Hippy)


Jesteśmy już blisko podium. Robi się gorąco, bo „Rolling Stone” to nie dość, że wymarzony numer na lato, to jeszcze świetny przykład na dogadywanie się całej czwórki. Każda zwrotka jest zbudowana w formule 8+4 – pierwszą ósemkę nawija jeden, a ostatnią czwórkę – drugi, przy czym „graniczne wersy” rapują wspólnie, dzięki czemu wejścia płynnie w siebie przechodzą. W ilu kawałkach słyszeliście ten patent, w ilu, no, hm?

03. Jay Rock – Say Wassup (feat. Black Hippy)



Spokojny, wakacyjny bit Dae One, na którym nawet zakapior Rock brzmi jak slacker, to tylko jeden z elementów. Kolejne to refren Ab-Soula, jakby pomyślany do grupowego śpiewania przy alkoognisku oraz trzecia zwrotka, w której raperzy zamieniają się miejscami przed mikrofonem. Moment, w którym Kendrick wzywa do następnego wersu ScHoolboya, a ten stwierdza, że ma to w nosie i woli, żeby teraz to Jay Rock rapował – bezcenny.

02. Ab-Soul – Constipation (feat. Black Hippy)


Tym razem na bicie Sounwave – dostarczył szybki, oldschoolowy, funkujący po b-boyowemu podkład, na którym raperzy ponownie dzielą się zwrotkami. Pierwsza jest wspólnym dziełem ScHoolboya i Ab-Soula, a druga – Lamara i Rocka. Jakby komu było mało energii, to jeszcze jest krzyczano-nucony refren na deser. Jak sobie zrobiłem playlistę z kawałkami BH, to zamykało ją właśnie „Constipation” i jego po królewsku dumne dęciaki.

01. Kendrick Lamar – The Recipe (Black Hippy Remix)



Lider jest, jak to przeważnie bywa, jeden. Teraz chciałbym, żebyśmy się dobrze zrozumieli – jest to jeden z najlepszych rapowych kawałków, jakie słyszałem w ogóle. A już na pewno najbardziej ikoniczny. Weźmy listę i posprawdzajmy – przebojowy, ale spokojny, nowoczesny, ale oldskulowy bit (Scoop DeVille)? Jest. Świetne, zróżnicowane zwrotki? Są. Hitowy, od razu zapamiętywalny refren? Jest. Styl? Jest. Technika? Jest. Dobre wersy? Są. No sami widzicie – jest wszystko. Ab-Soul na przemian szepcze, krzyczy, przeciąga i wszystko robi rewelacyjnie, ScHoolboy Q wykręca najlepsze, najbardziej cwaniackie i odprężające flow, na jakie go stać, Kendrick znowu podśpiewuje lejąc deszczem rymów, a Jay Rock swobodnie ślizga się gdzieś pomiędzy rytmem, ale jednak razem z nim. Nic dodać, nic ująć, prawda jest taka, że jak nie lubisz tego numeru, to nie lubisz rapu.

2020-06-04

Szkoda byłoby przegapić #2: Mourning [A] BLKstar, Karian, Jot

No i patrzcie – drugi odcinek cyklu „Szkoda byłoby przegapić” i kolejny raz same bomby. Poprzednio gadaliśmy tylko o zagranicznych płytach, więc tym razem zagranica jest tylko jedna i od niej zaczniemy.

Mourning [A] BLKstar – The Cycle


Mourning [A] BLKstar to siedmioosobowy (w tym troje wokalistów!) kolektyw, który sam siebie określa „amalgamatem Czarnej Kultury”. Określenie całkiem trafne, bo na pytanie, co oni tak właściwie grają, najlepszą odpowiedzią będzie po prostu „czarną muzykę”.

Na „The Cycle” dostajemy wszystkiego po trochu – trochę gospel, trochę soul, trochę rap (ale tylko w warstwie muzycznej, nikt tu nie rapuje), trochę psychodelii, a wszystko przyprawione potężnym groovem i odrobinę reggae'owym wajbem sekcji dętej. Kto się jednak spodziewa nawałnicy czarnych bangerów i muzyki do tańca ruszającej dupsko, będzie zawiedziony. Ten przydługi (mamy 2020, kto nagrywa płyty zawierające 18 kawałków?) materiał płynie sobie spokojnie i przyspiesza rzadko – najbardziej chyba w „Whom the Bell Tolls”, który przecież i tak trudno nazwać parkietowym wymiataczem. Ciężkie, brudne bębny (posłuchajcie choćby tych w „If I Can If I May” albo „4 Days”, no przecież to jest samo mięso) raczej masują głowę niż zapraszają na imprezę, syntezatory wyją przeciągle zamiast wyginać się w feerie dźwięków, a wokaliści brzmią, jakby byli permanentnie ujarani. To w sumie podpowiada chyba docelowe zastosowanie dla tego CD.

Relatywnie najmniej ciekawe są momenty, w których zespół idzie w minimalizm albo jakąś delikatną psychodelę, ale szczęśliwie takich odlotów nie ma zbyt wiele, zresztą zdziwiłbym się, jakby na godzinnej płycie podobało mi się wszystko od początku do końca. Jeśli jesteś fanem czarnej muzyki, kiwania głową do staroszkolnego rapu i akurat chcesz sobie wrzucić na słuchawki coś relaksującego, to czym prędzej zakoleguj się z „The Cycle”.

Posłuchaj sobie:
Mourning [A] BLKstar – If I Can If IMay
Mourning [A] BLKstar – Mist :: Missed

Karian – Przeboje lat 90


Co ja poradzę, uwielbiam materiały uderzające w nostalgiczne nuty. „Przeboje lat 90” Kariana są zaś nostalgiczne aż do przesady, a raper ze swoją fiksacją na punkcie dekady Spice Girls jest tyleż sympatyczny, co pocieszny.

Pocieszne jest też pisanie Karola – zwykle o duperelach, pozbawione przekleństw, za to z niesłychaną liczbą zdrobnień, słodyczy i sformułowań rodem ze słownika przedszkolaka. Wrażenie pływania w przesłodzonym kisielu potęguje wysoki, dziecięcy głosik Kariana. Ale wiecie co? Podoba mi się to wszystko. Na pewno trzeba pochwalić rapera, że jest JAKIŚ i wyróżnia się z tłumu młodych artystów.

Melodie Kariana to często trafienia – refren z „Daj się karnąć” chodzi mi po głowie od stycznia 2020 i w styczniu 2030 będzie pewnie nadal chodził, te z „Bravo” czy „Karteczek” są podobnie uzależniające. Z kolei bity (na pokładzie 6.luty, Koke fin, Lackluster, Neshovski, Kickstar, Last Rose, Faded Dollars i NoTime) trochę zachowują się, jakby ich nie było – mam wrażenie, że składają się z samych teł. Dużo tu rozmytych, pasażowych dźwięków granych przeważnie przez gitary lub syntezatory. Nawet klubowa pulsacja we wspomnianych „Karteczkach” brzmi, jakby chciała się już zawinąć do domu. Jest spokojnie – nawet w tych szybszych momentach – jest kameralnie, jest, a jakże, nostalgicznie i miejscami wręcz smutnawo (otwierający projekt „Kaseciak”).

Tak jak wszyscy narzekam czasem na nużącą jednakowość młodych raperów i tak jak wszyscy płonę z zajawki znajdując w tym gronie wyróżniające się jednostki. Do tej szuflady z oryginałami właśnie dołączył Karian ze swoją dziecinną manierą (w drugiej zwrotce „Skąd klikasz” słychać, że się uśmiecha przed mikrofonem. Czaicie? Słychać, że się UŚMIECHA.) i łbem do hooków. Jak się przy okazji następnego albumu uzbroi w trochę bardziej charakterne bity, to nie będzie co zbierać.

Posłuchaj sobie:
Karian – Daj się karnąć
Karian – Kaseciak

Jot – Wiosna 2020


Ach, stary, dobry Jot. Jak zapominasz, co to znaczy STYL, to odpalasz Jota i już pamiętasz.

Niewprawnemu obserwatorowi rapowej sceny może się wydawać, że po ostatnim solowym legalu sprzed dekady Jot wydawniczo zapadł się pod ziemię. O tym, jak bardzo takie twierdzenie byłoby spudłowane, można się przekonać wchodząc na jego kanał na YT. Gość wypuszcza niesamowite ilości muzyki, a do tego regularnie podsumowuje działalność zamykając numery w album. Album, dodajmy, stuprocentowo solowy – nie zawierający featów i samodzielnie wyprodukowany.

„Wiosna 2020” jest takim właśnie albumem, podobnym zresztą do poprzedzających go „Lato 2019” i „20172018”. Odpalam pierwszy kawałek i znów czuję się, jakbym wpadł do dobrego znajomego – wita mnie znana fuzja delikatnie plastikowej, akustycznej gitary i pianinka w tle. To trochę zarzut, ale nie do końca. Nie umiem się gniewać na tę produkcję pomimo jej prostoty i jednostajności, bo taka jest beztroska, radosna, wiosenna właśnie. Każe otworzyć okno, zaciągnąć się świeżym powietrzem, wyjść na balkon, odpalić piwo, celebrować chwilę. A poza tym – jak trafia się taki hicior, jak „Barry Allen”, to naprawdę nie wolno narzekać.

Pod kątem rapowym Jot jest jak profesor, który doskonale wie, jak ma brzmieć i wie, jak to osiągnąć. Popisy, podśpiewywanie, pstrokaciznę w nawijce zostawia świeżo upieczonym magistrom – sam rapuje pewnie, miękko, flow klei się do bitów i do ucha, a kiwać głową można by do samych podbić i dopowiedzeń. Ej dobra, kończę już ten artykuł i wychodzę na długi spacer z „Wiosną 2020” na słuchawkach, bo mnie rozniesie, jak nie ruszę dupy z kwadratu.

Posłuchaj sobie:
Jot – Barry Allen