Sean C & LV przedstawiają się na swoim profilu instagramowym jako „production team behind most of your favorite songs”. Ktoś może nazwać to butą, a ja myślę, że dobrze, że o tym piszą, bo przecież są obrzydliwie niedoceniani.
Zrozummy się tu dobrze: rzadko słyszę, żeby ksywy Sean C & LV widniejące na tracklistach powodowały u kogoś szybsze bicie serca. Smutna sprawa, wszak wspólne CV ziomków jest całkiem zacne – lwia część „American Gangster” Jaya-Z, „The Big Doe Rehab” Ghostface'a, obecność na CDkach Ice Cube'a, Raekwona, The Roots czy Taliba Kweli. A gdyby jeszcze wziąć pod uwagę solową działalność Seana C – bardziej aktywnego z dwójki – to trzeba by dorzucić jeszcze co najmniej drugie tyle, z „Can't Knock the Hustle” na czele. No i nie zapominajmy, że lada dzień wychodzi trzecie solo Black Thoughta (i pierwsze jako pełnoprawny album, po dwóch EPkach) przez Seana wyprodukowane.
No podsumowując, koledzy strasznie są olewani przez FANÓW RAPU.
Wydane w 2014 „Loud Dreams Vol. 1” zapewne miało tę sytuację zmienić. Spójrzmy na tę obsadę – melduje się głównie Nowy Jork, zarówno dinozaury (między innymi Busta Rhymes, Raekwon, Jadakiss, Fabolous), jak i małolaty (A$AP Ferg), ale znalazło się też miejsce dla południa (Bun B, Big K.R.I.T., Devin the Dude), są wokaliści (CharlieRED, Angela Hunte), sekcja dęta (Hypnotic Brass Ensemble) i nawet poeta J. Ivy.
To, co najbardziej uderza na „Loud Dreams Vol. 1” to to, jak idealnie dopasowano gości do bitów. Tutaj, poza pojedynczymi wyjątkami, nie ma zaskoczeń, niespodziewanych kooperacji, żadnych prób wybicia raperów z ich stref komfortu – wszyscy brzmią tak naturalnie, jakby to wcale nie był album producencki, tylko składanka numerów żywcem wyjętych z ich własnych wydawnictw. I to wcale nie jakiś wypełniaczy.
I tym sposobem Jadakiss i Fabolous (choć w towarzystwie Buna B, to akurat ciekawy zestaw) ładują się na masywny, bardzo nowojorski kawał bitu, z mocną stopą i zawodzącym dęciakiem w tle. Podobnie dzieje się w kawałku Raekwona, tylko że jeszcze surowiej – można się poczuć, jakby był '95 i właśnie wychodził „Only Built 4 Cuban Linx...”. Busta Rhymes dostał oldskulowo bujający podkład z prostym, cyrkowym saksofonem, na tle którego swobodnie sobie krzyczy te swoje YO w kółko. Zjarane trio w składzie Devin the Dude, Asher Roth i Smoke DZA snują swoje zielone opowieści na produkcji żwawej i wesołej, ale jednak zadymionej, raczej relaksującej niż podnoszącej dupę. Na zupełnie przeciwnym biegunie jest wspólne dzieło Pushy T i A$AP Ferga – to już bardziej paranoja na bangerowo, dużo dziwnych, przerywanych odgłosów oraz nieprzyjemny, skwierczący, jakby dopiero co zdjęty z patelni bass. Ktoś się jeszcze nudzi? To co powiecie na dubowy, skąpany w delayach numer z Angelą Hunte?
Goście czują się jak ryby w wodzie, ale nie mam wrażenia, że naszym dzielnym producentom jest niewygodnie w którejś ze stylistyk, bo w każdą wchodzą naturalnie. Wszędzie zabierają swoje przyduszone, ciężkie brzmienie z wysuniętą na wierzch sekcją rytmiczną. Czuć, że te bity miały przede wszystkim bujać, bo to właśnie perkusje (często żywe!) i basy stanowią ich najważniejsze elementy, a melodie rozmyto i przesunięto w tła. Są dość proste, ale jednocześnie spełniają swoje podstawowe zadanie – pozwalają bitom płynąć i rzadko odwracają uwagę od masywnych sekcji. O chwytliwość dbają zaś raperzy i wokaliści – większość numerów ma dobre, śpiewane refreny.
Teraz, kiedy po sześciu latach od premiery odświeżam sobie „Loud Dreams Vol. 1”, jest mi szkoda, że nadal nie doczekaliśmy się kontynuacji, która zastąpiłaby tę dumnie wyprężoną jedynkę w tytule. Jeśli dobrze kojarzę, to poza jakimiś nieśmiałymi zapowiedziami w stylu „kiedyś tam będzie” nie dostaliśmy nic, co wskazywałoby na postępy w pracach. Tutaj raperzy po prostu brzmią, jakby się świetnie bawili nagrywając numery dla Seana C & LV – na żadnej znanej mi płycie producenckiej nie jest to aż tak wyraźne. Jak na tak przemyślany projekt (żadnego wypełniacza!), „Loud Dreams Vol. 1” zdecydowanie zasługiwało na większy rozgłos – dla otwartego fana nowojorskiej szkoły produkcji jest jak znalazł.
Po seansie z „Your Neck May Hurt” szyja może faktycznie boleć, ale uszy powinny być usatysfakcjonowane.
To, że mam sentyment do duo producenckich nie będzie niespodzianką dla nikogo, kto spojrzy na górę tego bloga i dojrzy tam takie nazwy, jak The Ummah, Sean C & LV czy Neptunes (w sumie jeszcze mógłbym połączyć Alchemista i Oh No w Gangrene, dopiero teraz na to wpadłem, ech). Na wstępie 808bros mają zatem u mnie propsa za samo bycie bitmejkerskim tandemem i pozytywne skojarzenia, jakie taki układ niesie. Zajawka ze wspólnego klejenia bitów, wzajemna nauka, pomysły, na które „sam byś nie wpadł” i tak dalej, tego typu rzeczy. To wszystko pobrzmiewa też na „Your Neck May Hurt” – słychać tu dobre warsztaty obu kolegów, słychać też nieustanne przerzucanie się pomysłami. Ale o tym za moment.
Najpierw parę słów o samych bohaterach dzisiejszej recy. 808bros to LOAA i Gedz – efekty ich współpracy możemy podziwiać od 2018, w którym wyszło „247365”, zjawiskowe CD tego ostatniego. Produkcja tamtego krążka, za którą w głównej mierze odpowiadali właśnie 808bros, choć jeszcze nie podpisujący się tą nazwą, to temat na jakieś dłuższe wypracowanie. Nie była jeszcze idealna, ale już zapadała w pamięć – wyróżniała się światowością, pomysłowością, jednoczesną prostotą i złożonością. Nic dziwnego, że po tamtym albumie skrzynki obu kolegów zapewne zatkały się od zamówień na bity, co sugeruje pokaźna liczba kawałków z 2019 i 2020 wyprodukowanych już jako 808bros. W międzyczasie chłopcy zdążyli się rozwinąć i to, co na „247365” było jeszcze niedoskonałym zalążkiem (cierpiącym głównie na nadmierne skomplikowanie), obecnie jest już pełnoprawnym tworem.
No bo powiedzmy sobie szczerze – „Your Neck May Hurt”, pomimo paru słabszych momentów, zwyczajnie wymiata. To niecałe pół godziny basowej sieki z ciężkim, klubowym groovem i dobrymi pomysłami. Bez problemu rozpierdoli parkiet i samochód. LOAA dostarczył bogate tła, Gedz szczyptę melodii, do tego jest jeszcze gościnny udział człowieka-bangera P.A.F.F.a, a całość masteruje dobry ziomek Robert Dziedowicz.
Trafioną wizytówką jest już otwierający całość „ASSQUAKE” (wszystkie tytuły CAPSLOCKIEM) – odrobinę jamajski vibe, dużo fruwających, pociętych wokali, charakterystyczna 808brosowa perkusja. Warto zwrócić uwagę na kwaśny syntezator z 1:11 i na to, jak krótko z nami zostaje. Może na innym albumie ta melodia grałaby pierwsze skrzypce, ale tu nie ma na to czasu, trzeba pilnie zasypać słuchacza setką innych dźwięków i pędzącym rytmem.
Szukasz dobrych dropów? To odpal najlepszy na płycie, tytułowy „YNMH”, który po agresywnym, klubowym buildzie atakuje bardzo klasycznym rapowym bitem z podręcznikowo ułożoną perką i staroszkolnym breakiem, tyle że przyozdobionym wierzgającym basem, napędzającymi całość perkusjonaliami na dwa i odrobiną glitchy. W drugiej połowie numer na chwilę przyspiesza, pojawiają się (znowu) jamajskie sample oraz nieśmiertelny Amen Break, a końcówka ponownie spowalnia i odlatuje w jakieś southowe klimaty pokolorowane wobblem. Dużo smaczków, dużo polotu, dużo frajdy.
Albo weźmy takie „BIMB”. Ten numer wyróżniają plemienne bębny dodające utworowi dużo przestrzeni, a do tego pasujące do głównej melodii granej na syntetyku przypominającym jakiś proto-flet. W połowie kawałka motyw się obniża i chowa, a pierwszy plan przejmują gęste, przemysłowe, otwarte haty do wtóru zapętlonych sampli wokalnych.
Dobrze wypadł także kawałek z P.A.F.F.em – strzelam, że jego udział to przede wszystkim charakterystyczne haty i build oraz pozbawiony werbla drop za połową. Wrażenie robi też główny bit z delikatnie przesuniętym akcentem.
Rozczarowań na płycie nie ma zbyt wiele. „I'M DIFFERENT” to jeden z tych numerów, które odpalone w nocy za kółkiem przenoszą w inny wymiar, ale na tle reszty „Your Neck May Hurt” uderza to, jak wiele ciekawych rzeczy dzieje się w końcówce (ejtisowe syntezatory!), a jak mało w dłużącym się środku. Nie przemawia do mnie też aranżacja, która brzmi, jakby numer miał dwa outra – jakby po pierwszym producenci stwierdzili, że jeszcze trochę pociągną temat. W ogóle zakończenia to chyba jedyna pięta achillesowa 808bros, bo outro całej płyty też jest średnie – plastikowe, nudne „4AM” ma wszystko to, co reszta albumu, poza charakterem i dopracowaniem.
„Your Neck May Hurt” zawiera łącznie osiem kawałków i trwa raptem 29 minut, ale nie zostawia niedosytu. Numery pękają od dźwięków, groove się leje, a myśl o tym, co w klubach będą wyczyniać basy, będzie ekscytująca nawet dla kogoś, kto przesłucha ten album na słuchawkach za 10 złotych. Jeśli nudzisz się podczas długich jazd furą albo myślisz już o muzyce na post-covidową domówkę, to 808bros właśnie dostarczyli to, czego potrzebujesz.
Dawno nie było nowej dawki ciekawych
płyt (około)rapowych. No to teraz będzie.
God Colony – Cult
Nie sposób skleić odcinek „Szkoda
byłoby przegapić” bez jakiejś dziwnej ćpalni. Dziś tę rolę
spełnia „Cult”, pierwszy długograj producenckiego duo z Londynu
– God Colony.
Osią „Cult” jest całkiem prawilny
hip-hopowy wajb, ale żeby było ciekawiej, God Colony zasypali go
grubą warstwą indrustrialu. Do tej rapowo-mechanicznej bazy dodają
to, co im akurat strzeli do głów – w zależności od numeru może
to być wojskowa marszowość odlatująca w niepokojący bad trip
(„Rebel Boy Soldier” z najbardziej znanym raperem z tej gromadki,
Mykki Blanco), mogą być pasażowe, płynące syntezatory („The
Real”), może być klaustrofobia i niepokój („Etiquette”,
„Control”, „Places in My Head”) albo roztańczony rytm z
bogatymi perkusjonaliami, pchającymi numer w popową stronę
(„Please”). Znalazło się też miejsce na hiciora – „Girls”
to wymiatacz z mocnymi, wręcz stadionowymi bębnami i przebojowym
zaśpiewem.
Słuchając „Cult” mam w głowie
jakiś podziemny, ciemny i zadymiony klub z muzyką... cóż,
klubową, ale przerywaną dziwnymi dźwiękami zza ściany. Może po
drugiej stronie działa fabryka? A może sąsiedzi robią remont?
Nie, to niemożliwe, przecież jest druga w nocy. Ja nie mam pomysłu,
sprawdź „Cult” i sam wymyśl, co może być za tą cholerną
ścianą.
Idzie żarcik: co
jest mniej wdzięczne od robienia rapu w Polsce? Robienie męskiego
R&B w Polsce. To nie jest śmieszne.
Nie a serio. Pawła Bokuna
kojarzyłem oczywiście z Młodych Wilków i z paru świetnych
featuringów (Oer, Oxon – oba zajebiste, podobnie jak solowy numer
na MW), ale, shame on me,
nigdy jakoś nie znalazłem w sobie wystarczająco dużo
determinacji, żeby sprawdzić jego autorski materiał, do dziś nie
słyszałem nawet „Ulicznego psa” (podwójny shame on
me). No i tak się mijałem z
Pawłem aż do premiery „Piliady”, przy okazji której dałem się
opętać rewelacyjnemu, lekko elektronicznemu singlowi „Nie
pożyczaj”.
Początek
„Piliady” jest bardzo R&B'owy (tak się to odmienia?), ale im
dalej, tym ciekawiej – w „Zerze” surowa perkusja wije się po
trapowemu, „Dlaczego” idzie ostrożnie w funk, „Szukam” to
spokojna kołysanka, a „Karate” podszyto brudem i niepokojem i
zamknięto czterosekundową, przeszywającą piszczałą, bo czemu by
nie. No i nie można zapomnieć o „Cały czas”, pierwszym
bardziej energicznym przebudzeniu płyty z – ponownie –
zjawiskową końcówką.
Kiedy
Bokun-producent dobywa tych różnych stylistyk, Bokun-wokalista w
pocie czoła pracuje nad ripitowalnością albumu. Paweł o wiele
więcej śpiewa niż rapuje (a nawet jak rapuje, to i tak
podśpiewując, choć zdarza mu się pocisnąć zjawiskowo – druga
zwrotka „Coś”) – i świetnie, bo ma dobry warsztat i miękki,
pasujący do klimatu głos. A w sumie przede wszystkim ma łeb do
melodii. Ciężko wybrać najlepszy refren, bo wszystkie wymiatają i
wszystkie chce się nucić. Pozostaje mi posypać głowę popiołem i
obiecać sobie, że po „Piliadzie” nie przegapię już żadnego
nowego materiału od Bokuna.
„Rytuały przejścia”
zaczynają się wschodem słońca –
beztroskie „Cokolwiek” jest jak uśmiechnięty diler oferujący
pierwszą działkę za darmo. Nie, młody, dalej wcale nie ma
ciężkiej, gorzkiej płyty, no skąd.
Na biegunie przeciwnym do
„Cokolwiek” czyha „Mówię im”, najsmutniejszy kawałek na
płycie, ze smętnym, płaczącym samplem w refrenie (z obniżonym
strojem – tak, jak to BROKN FLWRS lubi) i „schodzącym”,
rozmytym motywem. Reszta płyty jest nastrojowo rozcapierzona między
„Cokolwiek” a „Mówię im”, ale jednak bliżej tego drugiego
– na porządku dziennym są mozolne tempa, perkusje raczej
przybijające do gleby niż bujające głową oraz szwędające się,
nocne syntetyki. Słychać też zamiłowanie producenta do
przeciągłych motywów, przy których czasem ciężko stwierdzić,
czy toto grane, czy samplowane i przejechane setką efektów.
Przez niemal całą płytę
BROKN FLWRS trzyma się raczej w tle. Kidd swoje wrażenia z
dorosłości i konfrontacje z otoczeniem opisuje tak gęsto, że to
odczucie nie mija nawet przy niemym refrenie „Zdalnie”, w którym
producent rozwija aranżacyjne skrzydła. A kiedy w czterech numerach
do głosu dochodzi spoken wordowa natura Wojtka, BROKN FLWRS usuwa
się jeszcze bardziej w cień i daje wybrzmieć deklamowanym puentom.
A teraz plot twist – ani przez chwilę nie pomyślałem, że coś
tu jest nie na miejscu. Relacja między raperem a producentem brzmi
bardzo naturalnie – chociaż treść jest obfita, to nie czuć,
żeby to Kidd dyrygował płytą, wszystko odbywa się na zasadzie
koleżeńskiej współpracy. Mimo ciężaru muzyki i tekstów
świetnie się tego słucha, to album na wiele skupionych sesji z
wyłuskiwaniem szczegółów w obu sferach.
Bankowo słyszałeś tę anegdotę, że
każdy Amerykanin umie precyzyjnie powiedzieć, co robił 11 września
2001, kiedy dotarły do niego wieści o zamachach. Ja umiem
precyzyjnie powiedzieć, co robiłem 21 października 2019 wieczorem
– otóż wracałem sobie z warszawskich Hybryd, z absolutnie
wspaniałego koncertu De Statt. Na luzaku jeden z najlepszych
koncertów w tamtym roku. Z klubu wyszedłem bogatszy o koszulkę,
trzy płyty i chwilę rozmowy z wokalistą. Do szczęścia brakowało
już tylko zaspokojenia gastrofazy, na szczęście kebsy przy metrze
Świętokrzyska działały jak zwykle.
Dzień później na peju Konwertera
dźwiękowo-tekstowego przeczytałem wspomnienie Zioła i
znowu, tak samo jak wcześniejszego wieczoru, poczułem się, jakby
umarł mi brat. Parę lat wcześniej bawiło mnie, że kiedy odszedł
Dio, to ludzie byli jak „Ojejku, zmarł typ, który mnie wychował,
tak mi smutno”. Myślałem sobie, że to głupie, że śmierć
jakiegoś artysty, nawet tak zasłużonego, prowokuje do płaczu i
ogólnie do bycia skapcaniałym. Jak zwykle, rzeczywistość przyszła
i zweryfikowała moje poglądy. Moim Dio był Zioło.
A teraz robimy fast forward do
teraźniejszości. Mamy lato 2020 i nie zgadniecie, co się stało –
dysk Michała okazał się wypełniony niewypuszczonymi bitami, więc
jego ekipa Rób Rzeczy (podejrzewam, że przede wszystkim BROKN
FLWRS) skleiła z nich beattape.
Pierwsze, oczywiste skojarzenie, to
pośmiertny album Zjawina („Wszystko jedno” z 2012). Zarówno na
tamtym projekcie, jak i na „Rzecz after rzecz” (swoją drogą –
kapitalny tytuł, sam Zioło pewnie byłby dumny) słychać pewną
„roboczość”, szkicowość. Ciężko nie odnieść wrażenia, że
to nie jest ostateczny, domknięty materiał. Tu miało się coś
jeszcze dziać, te miejscami króciutkie (czasem minuta, czasem dwie)
bity miały pewnie być pokolorowane – może wokalem? A może
bardziej rozwiniętym aranżem? A może bardziej „albumową”
formułą? Prawie wszystkie cierpią na brak outer, po prostu
urywając się na końcu któregoś taktu. No nic, dywagacje odstawmy
na cztery akapity dalej, na razie skupmy się na tym, że „Rzecz
after rzecz” dojechała do nas w postaci takiej, a nie innej.
Kto słyszał dotychczasowe produkcje Zioła, ten nie będzie
zaskoczony klimatem tego beattape'u. Bity są przebojowe, pachną
trochę Timbalandem i ogólnie mainstreamem sprzed
piętnastu-dziesięciu lat (te werblowe przejścia w
„Dianoxethamine”, no przecież to jest 2008 jak żywy), ale
wszystkie zawierają charakterystyczny stempel Zioła, nie do
pomylenia z czymś innym. To głównie wszędobylska elektronika –
choć Zioło obficie korzysta z sampli, to przeważnie zostały mocno
przetworzone albo zepchnięte do teł (a najczęściej i jedno, i
drugie), a główne melodie zwykle grają syntezatory o
charakterystycznych, kwaśnych barwach. Znalazło się też miejsce
na tak lubiane przez Zioła ośmiobity („Bounce”, „Loonatic”,
„Sail”).
Rozpoznawalny jest również „syrenowy”
sposób komponowania melodii. Te często wiją się z góry na dół,
układając się w motywy i dziwaczne, i chwytliwe. Jeśli nie
chcecie, żeby linie z „One of These Ol' Days 2” czy
„Dianoxethamine” chodziły wam po głowie całymi godzinami
blokując miejsce na cokolwiek innego, to poszukajcie sobie jakiegoś
mniej wwierającego się w łeb projektu.
Kawałków jest 17 i gdyby chcieć
szukać minusów tego beattape'u (oprócz miejscami trochę zbyt
plastikowego brzmienia), to właśnie w objętości. Jak już
wspomniałem, bity bywają krótkie, a że niemal wszystkie są
bardzo intensywne i napakowane dźwiękami, już w połowie odsłuchu
czuć przesyt. Ja ogólnie uwielbiam ten przebodźcowany sposób
produkcji – dla mnie to jest wręcz zaleta – ale całość
naprawdę wymaga dużego skupienia i wielu odsłuchów. Zewsząd
atakują earwormowe, żebrzące o skrawek uwagi, bezwstydnie hitowe
melodie. Klimat zmienia się jak w kalejdoskopie, raz jest baunsowo,
raz jest dynamicznie, raz jest smutno i zamulasto, a raz jest
przećpanie i krzywo. Początek płyty to staroszkolne klimaty z
odrobiną reggae („Dome”), środek żeni abstrakcję z bangerozą
(„Humma 2”, „Keeping Calm”), a ostatnie dwa numery delikatnie
jazzują. Wszystko to przeplatane rzeczami z zupełnie różnych
parafii. Bałagan jak chuj, ale nikt nie obiecał, że będzie łatwo,
zwłaszcza biorąc pod uwagę szkicowy, pośmiertny charakter „Rzecz
after rzecz”. Poza tym – te produkcje są na takim poziomie, że wiele można im wybaczyć.
Otwarte pozostaje pytanie, czy przed
wydaniem „Rzecz after rzecz” nie można było trochę ogarnąć
tego chaosu. Odwołując się jeszcze raz do „Wszystko jedno”
Zjawina – jeśli dobrze pamiętam, to L-Pro, który sprawował
pieczę nad tym materiałem po śmierci Bartka, zadbał o to, żeby
wrażenie szkicowości pozostało, ale jednocześnie trochę
podpimpował niektóre produkcje. Tymczasem numery z „Rzecz after
rzecz” nie brzmią, jakby ktoś w nich grzebał – wygląda na to,
że Rób Rzeczy zdecydowali się nie ingerować w żadnym stopniu w
pomysły Zioła. Choć osobiście chętnie usłyszałbym pośmiertną
twórczość Michała zamkniętą w jakąś mniej przypadkową formę,
to pomysł z zostawieniem tych bitów bez zmian jest odważny i,
nazwijmy to, szlachetny.
Można również zapytać: Dla kogo to
jest beattape? Otóż jest to beattape dla każdego, kto lubi
instrumentalny hip-hop. Mnogość nastrojów jest tak duża, że
przemówi do wszelkiej rapowej głowy. Jeśli szukasz muzyki, która
będzie ci długo służyć i przez jej absurdalną przebojowość
będzie ci ciężko ją zdjąć ze słuchawek, to... na co właściwie
czekasz? „Rzecz after rzecz” pyta, kiedy go wreszcie posłuchasz.
Tak sobie myślę, że jeśli „Lifter” miał mnie podnieść na duchu, to coś poszło nie tak.
Mamy tu MC na miarę 2020. Takiego, który bez problemu rozbujałby publikę nawet grając w zakładzie pogrzebowym. Który poleci i pod klasykę, i pod trapy, i technicznie, i prosto, wymyśli chwytliwy refren, czysto go zaśpiewa, a do tego da się polubić jako człowiek. Mamy również wszechstronnego producenta. Młodego stażem, ale już mogącego sobie wpisać w CV choćby ostatni BonSoul. Bez problemu dogra ci żywą gitarę, klawisze, wpadnie na dobry pomysł na mostek i ogólnie na każdym kroku zdradza osłuchanie i szerokie horyzonty. Na wspólnym wydawnictwie tej dwójki od pierwszego numeru lecą wióry – słychać, że panowie dobrze się kumają nawzajem i że chemia między nimi jest prawidłowa.
Brzmi jak przepis na kopalnię hiciorów? Owszem, brzmi. Szkoda tylko, że i Oxon, i Sarnvla najwidoczniej uwierzyli, że „Lifter” faktycznie kopalnią hiciorów będzie, a następnie skomponowali płytę dookoła tego wierzenia. Chociaż słowo „skomponowali” jest akurat trochę nie na miejscu, bo sugeruje przemyślenie, dopracowanie, poddanie refleksji. Czyli rzeczy, których akurat na „Lifterze” nie słychać.
Album jest różnorodny, a w poszczególnych utworach dzieje się dużo – są najeżone przejściami, zmianami bitów, rozbudowanymi instrumentariami. I owszem, polot i wszechstronność obu autorów robią wrażenie, tylko że część patentów jest trafiona w środek traczy, część działa na szkodę kawałków, a część tak właściwie nie służy za bardzo niczemu oprócz wywołania pustego efektu „wow”. Im dłużej słucham tego projektu, tym wyżej kiełkuje w mojej głowie myśl, że przydałby się tu jakiś zewnętrzny producent wykonawczy. Taki, który powiedziałby Oxonowi i Sarnvli, co służy tym – bądź co bądź – PIOSENKOM, a co nie. Taki, który pozwoliłby temu albumowi dojrzeć. Odfiltrowałby to, co efekciarskie od tego, co faktycznie potrzebne.
W obecnej formie „Lifter” to kompilacja spektakularnych wzlotów i nie mniej spektakularnych upadków. Zapytacie mnie o wzloty? To ja wam odpowiem – spójrzcie przede wszystkim na trzecią zwrotkę „Własnego lotu”, w której świetny, bulgoczący bas skutecznie ożywia aranż. Jest tam groove, jest życie, noga chodzi, głowa się buja. Dobrze wypada najsurowszy na płycie „Jestem śmieciem” z odrobinę SoulPete'ową szkołą produkcji (te otwarte haty! Ten werbel! Te porozrzucane, skąpane w delayu okrzyki!). Klimat jest duszny, melodia oszczędna, refren będę krzyczał na koncercie jak głupi, całość prze do przodu. „Kocham, kocham” z kolei ma kapitalny, funkowo-dyskotekowy, automatycznie chwytający sampel w refrenie, a raper uroczo sobie nuci w outrze. Fani gitar dostają „Tlen” i jego dynamiczne, dobrze zarapowane zwrotki z udanymi mostkami. Nie sposób przemilczeć „Złączonych w czasie”, co jest o tyle istotne, że podczas pierwszych odsłuchów ten numer mi trochę wyleciał drugim uchem, ale po czasie uważam go za chyba najbardziej satysfakcjonujący track z tego CD. Zwrotki chwytają za serce (bo traktują o ważnych rzeczach i są ładne), przejście w połowie kawałka się sprawdza, a za masujący bas i za refren Sarnvla powinien dostać order.
Zapytacie mnie o upadki? Cóż, na pewno trzeba wyróżnić numer „W siną dal”, czyli, według słów Oxona, „Pierwszą westcoastową szantę w Polsce”. Imprezowy kawałek ugryziony z perspektywy barmana, w klimacie westcoastowo-szantowym? Super patent! Niestety położony został na tak obrzydliwie generycznym westowym bicie, że brzmi jak parodia. No i oczywiście, skoro to west coast, to na koniec obowiązkowo pokolorowano go piszczałą – ale ta zamiast grać dobrą melodię, wije się chaotycznie i jest tak absurdalnie głośna, że zagłusza fajny przecież refren, cholera wie po co. Grrracz w „Szafie pełnej kicksów” Gedza pokazał, jak to powinno wyglądać, i zrobił to za pomocą dziesięć razy mniejszej liczby nut.
Kawałek tytułowy rozwija się niespiesznie i początkowo obiecuje coś szlachetnego, wycyzelowanego, ale to wrażenie mija z którymś z kolei niepotrzebnym, hamującym dynamikę przejściem. Oprócz niepotrzebnych przejść mamy tu również refren, który jest nachalnie stadionowy i radiowy, co można byłoby jakoś wybaczyć, gdyby jeszcze do tego był przebojowy. No ale niestety – za dużo pary poszło w napisanie i wyeksponowanie usilnie hitowej linii, a za mało w zrobienie po prostu dobrego kawałka muzyki. I jeszcze ta patetyczna gitara na koniec, Jezus Maria. Muzyka przez zbyt wielkie M.
Ktoś mógłby mi wytknąć, że wśród pochwał wymieniłem ponad pół płyty, a zjechałem raptem dwa numery, więc czemu niby narzekam. Rzecz w tym, że nawet tym lepszym kawałkom daleko do ideałów.
Sarnvla (może przez swoją instrumentocentryczność?) miewa problemy z perkusjami. Mimo że potrafi zrobić dobry bit oparty na perce („Jestem śmieciem”), to zdarza się, że brzmi ona sztucznie, jak jakiś niechciany, uciążliwie konieczny element podkładu. Ta z „Własnego lotu” nie klei się do reszty bitu, ani stopa, ani werbel niezbyt dobrze się tam odnajdują. Podobnie dzieje się w „Tlenie” – może dźwięk snare'a powinien być bardziej naturalnie „perkusyjny”, a nie plastikowo-ciężki, skoro całość jest tak żywo rockowa? Zresztą ten kawałek, chociaż pomysłowy (tamburyn!), to wydaje się drapieżny na pół gwizdka.
Skoro o „Tlenie” mowa – bardzo fajnie, że Oxon śpiewa chwytliwy refren, ale nie obraziłbym się, gdyby mniej prężył mięśnie strun głosowych na rzecz zbicia trochę wskazówki na przypałometrze. Rozumiem konwencję, lecz wystarczy sięgnąć do jego własnej dyskografii („Jinchuuriki”), żeby znaleźć lepsze pomysły na okołorockowe zaśpiewy. Również „Kocham, kocham”, które wyżej chwaliłem za refren i końcówkę, jest początkowo ciężkie do przełknięcia, bo to sklejka trzech różnych bajek, gdzie każda zwrotka szydzi z innej stylistyki. Jaką to niesie korzyść dla kawałka i jego słuchalności – nie wiem. „Własny lot”, poza szaloną trzecią zwrotką, jest raczej nijaki.
Gdyby ktoś mnie zapytał, czy Oxon i Sarnvla są w stanie nagrać o wiele lepszy materiał niż „Lifter” to bez sekundy zawahania odpowiedziałbym, że tak. Obaj mają horyzonty i umiejętności niezbędne do robienia wielkich rzeczy. Myślę jednak, że w tym przypadku ta szerokość horyzontów (oraz wynikająca z niej nadpodaż pomysłów) okazała się przekleństwem. Wyobrażam sobie, że kiedy panowie siedzieli na kwadracie Oxona i dzielili się pomysłami na kawałki, o wiele za dużo było między nimi pstrykania palcami z zajawki i powtarzania „O tak, zajebisty pomysł, dorzućmy do tego numeru JESZCZE to”, a za mało „Nie, daj spokój, nie chcemy tego przekombinować, to mają być dobre piosenki, a nie masturbacja własnymi ambicjami”. Nie pomagają wypływające tu i ówdzie problemy z brzmieniem. Z „Lifterem” raczej się nie spotkamy na liście roku, ale nie mogę się doczekać, co panowie zaproponują na kolejnych – nie mam wątpliwości, że lepszych – projektach.
Jednym z moich wielu skrzywień przy
odbiorze muzyki jest fanatyczna podjarka grupowymi kawałkami.
Uwielbiam wszystkie, nawet te absolutnie najgorsze posse cuty. Za co?
Za słyszenie obok siebie wielu raperów, wyłuskiwanie różnic
między nimi, znajdowanie podobieństw i zajawkę ze wspólnego
rapowania, która mi się udziela i robi dzień. Pewnie cię zatem
nie zdziwi, że entuzjastycznie reaguję na każdy nowy numer Black
Hippy.
A czym jest Black Hippy? –
mógłby zapytać ktoś. No jest to, nie bójmy się tego słowa,
gwiazdorska ekipa, którą tworzą Kendrick Lamar, ScHoolboy Q, Jay
Rock i Ab-Soul. Niestety funkcjonują bardziej jako grupa ziomków
niż regularny, studyjny skład – zwłaszcza po tym, jak kariery
Kendricka i ScHoolboya eksplodowały, a Rock i Soulo pozostali w cieniu. Black Hippy nigdy nie wydali wspólnej płyty i
konsekwentnie zaprzeczają, jakoby taka miała w ogóle powstać, a
co więcej – ostatnio jakoś nie spieszy im się nawet do wspólnego
nagrywania. O ile jeszcze dekadę temu obficie sypali wspólnymi
kawałkami, o tyle później zajęli się głównie sporadycznym
remixowaniem swoich solowych singli, ale ostatni taki remix wyszedł w
2018.
Zawieszenie Black
Hippy jest o tyle przykre, że cała czwórka obok siebie brzmi
bardzo zajawkowo i unikalnie. Wchodzą sobie w słowo, dynamicznie
zamieniają miejscami przed mikrofonem, rapują wspólnie czy nawijają po prostu o sobie wzajemnie. Bez względu na klimat kawałka
zawsze brzmią jak grupa bliskich ziomków, którzy świetnie się
znają i dobrze bawią. A przecież każdy z nich pochodzi z zupełnie
innej planety – Kendrick to społeczny uświadamiacz, Q to gangus i
diler, Rock to twardy skurwysyn z ulicy, a Ab-Soul to wiecznie
spizgany, wesoły osiedlowy filozof. I kiedy cała ta
amalgamatowa gromadka rapuje razem, to nie ciągną uparcie każdy w
swoją stronę, tylko jakimś cudem zlepiają się w jeden
uniwersalny byt.
Tyle teorii, teraz
wypadałoby potwierdzić, że w przypadku Black Hippy faktycznie
2+2=5. Wybrałem okrągłe 15 kawałków i jakby tego było mało, to
jeszcze je ułożyłem w kolejności od najmniej do najbardziej
ulubionego, żeby było emocjonująco. Postaram się o nich pisać
zwięźle, ale nie wiem, czy mi się uda, więc na wszelki wypadek
zrób sobie herbatę czy coś.
15. ScHoolboy Q –
THat Part (Black Hippy Remix)
Zaczniemy
niekonwencjonalnie: JAK JA NIE LUBIĘ TEGO KAWAŁKA. Jego albumowej
wersji, znaczy. Oryginalny „THat Part” może sobie mieć dobry
refren i epokowy wjazd Kanyego Westa, ale ten smętny podkład i
nudnawe zwrotki do dziś składają się na mój najmniej ulubiony
numer ze świetnego przecież „Black Face LP” ScHoolboya. Na
szczęście wszystko staje się lepsze, kiedy Black Hippy robią
remix – bit jest surowy, więc kiedy gramoli się na niego równie
surowy Jay Rock, wreszcie brzmi to jak należy. Trzeba jeszcze
zwrócić uwagę na zwrotkę Kendricka, która służy właściwie
tylko flexowi w opcji „patrzcie ile naćkałem rymów”, ale brzmi
to tak, że nie mam pytań.
14. Black Hippy –
Target Practice (feat. Bad Lucc)
Sześć i pół
minuty, pięć długich, braggowych zwrotek – say „hi” to
the „Target Practice”. Bad Lucc ze swoim notorycznym
offbeatem wypada dość blado na tle kolegów z Black Hippy,
zwłaszcza Kendricka nawijającego z taką pewnością siebie, jakby
już w 2011 wiedział, jaką ikoną stanie się po wydaniu „good
kid, m.A.A.d city”.
13. Black Hippy –
Scenario
Sentymentalny
powrót do przeszłości – jak komuś przeszkadzają proste rymy i
mamrotanie, które zdominowały dzisiejszy mainstream, to niech czym
prędzej odpala „Scenario”. BH dobierają się do klasycznej
produkcji A Tribe Called Quest i wszyscy składają prawilne, szybkie
zwrotki. ScHoolboy wchodzi w tryb turbo, a Soulo brzmi miejscami jak
reggae'ujący Jamajczyk. Cała czwórka przypomina rozpędzoną
sztafetę, płynnie przekazującą pałeczkę.
12. Ab-Soul –
Black Lip Bastard (Black Hippy Remix)
Jedyny w tym
zestawieniu bit autorstwa Willie B – najbardziej niedocenianego
członka Digi+Phonics. Kto na tym przymulonym pianinku brzmi
najlepiej? Typy mam dwa – pierwszy to ScHoolboy, który dobywa tę
swoją charakterystyczną chrypę i dużo miejsca poświęca
energicznym przeciągnięciom i darciu japy. Drugim zaś zwycięzcą
jest Jay Rock – jego długaśne, półtoraminutowe wejście to
osiedlowo-braggowy strumień świadomości, przy którym mam
wrażenie, że słucham dzikiego zwierza, a nie człowieka. Wszystko na miejscu.
11. Black Hippy – Nahright, Onsmash
Ej, to może teraz na chwilę zwolnimy obroty? „Nahright, Onsmash” odpręża, relaksuje i kołysze. Na tle
prostego, zapętlonego sampla i masującej mózg gitary dzieje się
kilka ważnych rzeczy: przede wszystkim zwrotki Lamara i Rocka uroczo
się zazębiają, gdyż obaj raperzy name-droppują siebie nawzajem.
Ab-Soul rzuca parę swoich typowych gierek słownych, a w ostatniej
zwrotce ScHoolboy operuje olewczym i leniwym flow.
10. Black Hippy – Top Dawg Cypha
(feat. Lil' Louie)
Tam wyżej napisałem, że Black Hippy
przy sobie brzmią, jakby się dobrze bawili. Na kolejnych miejscach
będzie jeszcze parę okazji, żeby to zaprezentować, ale po „Top
Dawg Cypha” też można odnieść wrażenie, że rapowanie to
najlepsza zabawa na świecie. Spokojnie wolno skipnąć niezbyt
porywający występ Lil' Louiego i zatrzymać się na gęsto
zarymowanej zwrotce Rocka lub – jeszcze lepiej – tej Ab-Soula,
wypełnionej jego głupawym poczuciem humoru.
09. Black Hippy – On Some Other Shit
I wracamy w krainę zielonego czilautu.
Tutaj lśni relaksujący bit i refren wspólnie wykonany przez całą
czwórkę. Chłopcy – znów – bawią się w najlepsze, co cztery
wersy zamieniając się miejscem przed mikrofonem: w pierwszej
zwrotce Soulo z Rockiem, w drugiej – Kendrick z Q.
08. Black Hippy – I Do It For Hip Hop
Ja ogólnie mam taką teorię, że na
tym dostojnym, głębokim bicie nie da się źle zabrzmieć i nawet
jakby dograł się do niego twój sąsiad z sąsiedniej klatki, to
też by z tego wyszedł słuchalny numer. Pytanie, kto brzmi
najlepiej, pozostaje otwarte – może zachrypnięty Jay Rock, który
już od pierwszych sekund nadaje ton całej wspólnej twórczości
Black Hippy (ten numer otwierał ich bootleg)? A może jeszcze
bardziej niż zwykle zamyślony Ab-Soul?
07. Black Hippy – Zip That Chop That
Jezus Maria, co tu się dzieje! Wspólny
jest zarówno refren (w którym najmocniej wybrzmiewa ultrachwytliwa
linijka Q – We cook that, chop that, guess what? That's
craaaack!), jak i zwrotki
zarapowane ze zmianą rapera co cztery wersy. I mimo tego, że każda
czwórka ma innego autora, ci goście utrzymują schemat rymów
pomiędzy swoimi wejściami. Jeśli to nie jest zajawkowe, to nie
wiem, co jest.
06.
Kendrick Lamar – UOENO (Black Hippy Remix)
Tego
jeszcze nie było, pierwszy raz widzicie to na Producenkim Punkcie
Widzenia – Black Hippy na smutnym bicie. Raperzy jednak nie brzmią,
jakby płakali w poduszkę (może poza Ab-Soulem): „U.O.E.N.O”
otwiera Kendrick, który płynnie przechodzi od swojego zmysłowego,
zielonego głosiku aż do krzyku. Zamyka natomiast Jay Rock – chyba
nigdy przedtem nie wspiął się na ten poziom melodyczności w
swojej prawilnej gadce.
I znów Rock robi fantastyczną robotę
wystawiony na pierwszą zwrotkę – jego ciężki głos świetnie
klei się z tym przytłumionym bitem, który faktycznie wtedy jeszcze
brzmi jak słyszany spod wody. ScHoolboy z kolei sięga do szuflady z
podpisem „jedno z najelastyczniejszych flow, na jakie cię stać”,
a fenomenu refrenu Kendricka nie trzeba tłumaczyć nikomu, kto choć
raz spożywał alhkol w towarzystwie tego numeru. Do tego pomnikowa
produkcja T-Minusa – czego trzeba więcej?
04. ScHoolboy Q – Rolling Stone
(feat. Black Hippy)
Jesteśmy już blisko podium. Robi się
gorąco, bo „Rolling Stone” to nie dość, że wymarzony numer na
lato, to jeszcze świetny przykład na dogadywanie się całej
czwórki. Każda zwrotka jest zbudowana w formule 8+4 – pierwszą ósemkę nawija jeden, a ostatnią czwórkę – drugi, przy czym
„graniczne wersy” rapują wspólnie, dzięki czemu wejścia
płynnie w siebie przechodzą. W ilu kawałkach słyszeliście ten
patent, w ilu, no, hm?
03. Jay Rock – Say Wassup (feat.
Black Hippy)
Spokojny, wakacyjny bit Dae One, na
którym nawet zakapior Rock brzmi jak slacker, to tylko jeden z
elementów. Kolejne to refren Ab-Soula, jakby pomyślany do grupowego
śpiewania przy alkoognisku oraz trzecia zwrotka, w której raperzy zamieniają się miejscami przed mikrofonem. Moment, w
którym Kendrick wzywa do następnego wersu ScHoolboya, a ten
stwierdza, że ma to w nosie i woli, żeby teraz to Jay Rock rapował
– bezcenny.
02. Ab-Soul – Constipation (feat.
Black Hippy)
Tym razem na bicie Sounwave –
dostarczył szybki, oldschoolowy, funkujący po b-boyowemu podkład,
na którym raperzy ponownie dzielą się zwrotkami. Pierwsza jest
wspólnym dziełem ScHoolboya i Ab-Soula, a druga – Lamara i Rocka.
Jakby komu było mało energii, to jeszcze jest krzyczano-nucony
refren na deser. Jak sobie zrobiłem playlistę z
kawałkami BH, to zamykało ją właśnie „Constipation” i jego po królewsku dumne dęciaki.
01. Kendrick Lamar – The Recipe
(Black Hippy Remix)
Lider jest, jak to przeważnie bywa, jeden. Teraz
chciałbym, żebyśmy się dobrze zrozumieli – jest to jeden z
najlepszych rapowych kawałków, jakie słyszałem w ogóle. A już
na pewno najbardziej ikoniczny. Weźmy listę i posprawdzajmy –
przebojowy, ale spokojny, nowoczesny, ale oldskulowy bit (Scoop
DeVille)? Jest. Świetne, zróżnicowane zwrotki? Są. Hitowy, od
razu zapamiętywalny refren? Jest. Styl? Jest. Technika? Jest. Dobre
wersy? Są. No sami widzicie – jest wszystko. Ab-Soul na przemian
szepcze, krzyczy, przeciąga i wszystko robi rewelacyjnie, ScHoolboy
Q wykręca najlepsze, najbardziej cwaniackie i odprężające flow,
na jakie go stać, Kendrick znowu podśpiewuje lejąc deszczem rymów,
a Jay Rock swobodnie ślizga się gdzieś pomiędzy rytmem, ale
jednak razem z nim. Nic dodać, nic ująć, prawda jest taka, że jak
nie lubisz tego numeru, to nie lubisz rapu.
No i patrzcie – drugi odcinek cyklu
„Szkoda byłoby przegapić” i kolejny raz same bomby. Poprzednio
gadaliśmy tylko o zagranicznych płytach, więc tym razem zagranica
jest tylko jedna i od niej zaczniemy.
Mourning [A] BLKstar –
The Cycle
Mourning [A] BLKstar to siedmioosobowy
(w tym troje wokalistów!) kolektyw, który sam siebie określa
„amalgamatem Czarnej Kultury”. Określenie całkiem trafne, bo na
pytanie, co oni tak właściwie grają, najlepszą odpowiedzią
będzie po prostu „czarną muzykę”.
Na „The Cycle” dostajemy
wszystkiego po trochu – trochę gospel, trochę soul, trochę rap
(ale tylko w warstwie muzycznej, nikt tu nie rapuje), trochę
psychodelii, a wszystko przyprawione potężnym groovem i odrobinę
reggae'owym wajbem sekcji dętej. Kto się jednak spodziewa nawałnicy
czarnych bangerów i muzyki do tańca ruszającej dupsko, będzie
zawiedziony. Ten przydługi (mamy 2020, kto nagrywa płyty
zawierające 18 kawałków?) materiał płynie sobie spokojnie i
przyspiesza rzadko – najbardziej chyba w „Whom the Bell Tolls”,
który przecież i tak trudno nazwać parkietowym wymiataczem.
Ciężkie, brudne bębny (posłuchajcie choćby tych w „If I Can If
I May” albo „4 Days”, no przecież to jest samo mięso) raczej
masują głowę niż zapraszają na imprezę, syntezatory wyją
przeciągle zamiast wyginać się w feerie dźwięków, a wokaliści
brzmią, jakby byli permanentnie ujarani. To w sumie podpowiada chyba
docelowe zastosowanie dla tego CD.
Relatywnie najmniej ciekawe są
momenty, w których zespół idzie w minimalizm albo jakąś
delikatną psychodelę, ale szczęśliwie takich odlotów nie ma zbyt
wiele, zresztą zdziwiłbym się, jakby na godzinnej płycie podobało
mi się wszystko od początku do końca. Jeśli jesteś fanem czarnej
muzyki, kiwania głową do staroszkolnego rapu i akurat chcesz sobie
wrzucić na słuchawki coś relaksującego, to czym prędzej
zakoleguj się z „The Cycle”.
Co ja poradzę, uwielbiam materiały
uderzające w nostalgiczne nuty. „Przeboje lat 90” Kariana są
zaś nostalgiczne aż do przesady, a raper ze swoją fiksacją na
punkcie dekady Spice Girls jest tyleż sympatyczny, co pocieszny.
Pocieszne jest też pisanie Karola –
zwykle o duperelach, pozbawione przekleństw, za to z niesłychaną
liczbą zdrobnień, słodyczy i sformułowań rodem ze słownika
przedszkolaka. Wrażenie pływania w przesłodzonym kisielu potęguje
wysoki, dziecięcy głosik Kariana. Ale wiecie co? Podoba mi się to
wszystko. Na pewno trzeba pochwalić rapera, że jest JAKIŚ i
wyróżnia się z tłumu młodych artystów.
Melodie Kariana to często trafienia –
refren z „Daj się karnąć” chodzi mi po głowie od stycznia
2020 i w styczniu 2030 będzie pewnie nadal chodził, te z „Bravo”
czy „Karteczek” są podobnie uzależniające. Z kolei bity (na
pokładzie 6.luty, Koke fin, Lackluster, Neshovski, Kickstar, Last
Rose, Faded Dollars i NoTime) trochę zachowują się, jakby ich nie
było – mam wrażenie, że składają się z samych teł. Dużo tu
rozmytych, pasażowych dźwięków granych przeważnie przez gitary
lub syntezatory. Nawet klubowa pulsacja we wspomnianych „Karteczkach”
brzmi, jakby chciała się już zawinąć do domu. Jest spokojnie –
nawet w tych szybszych momentach – jest kameralnie, jest, a jakże,
nostalgicznie i miejscami wręcz smutnawo (otwierający projekt
„Kaseciak”).
Tak jak wszyscy narzekam czasem na
nużącą jednakowość młodych raperów i tak jak wszyscy płonę z
zajawki znajdując w tym gronie wyróżniające się jednostki. Do
tej szuflady z oryginałami właśnie dołączył Karian ze swoją
dziecinną manierą (w drugiej zwrotce „Skąd klikasz” słychać,
że się uśmiecha przed mikrofonem. Czaicie? Słychać, że się
UŚMIECHA.) i łbem do hooków. Jak się przy okazji następnego
albumu uzbroi w trochę bardziej charakterne bity, to nie będzie co
zbierać.
Ach, stary, dobry Jot. Jak
zapominasz, co to znaczy STYL, to odpalasz Jota i już pamiętasz.
Niewprawnemu obserwatorowi
rapowej sceny może się wydawać, że po ostatnim solowym legalu
sprzed dekady Jot wydawniczo zapadł się pod ziemię. O tym, jak
bardzo takie twierdzenie byłoby spudłowane, można się przekonać
wchodząc na jego kanał na YT. Gość wypuszcza niesamowite ilości
muzyki, a do tego regularnie podsumowuje działalność zamykając
numery w album. Album, dodajmy, stuprocentowo solowy – nie
zawierający featów i samodzielnie wyprodukowany.
„Wiosna 2020” jest takim
właśnie albumem, podobnym zresztą do poprzedzających go „Lato
2019” i „20172018”. Odpalam pierwszy kawałek i znów czuję
się, jakbym wpadł do dobrego znajomego – wita mnie znana fuzja
delikatnie plastikowej, akustycznej gitary i pianinka w tle. To
trochę zarzut, ale nie do końca. Nie umiem się gniewać na tę
produkcję pomimo jej prostoty i jednostajności, bo taka jest
beztroska, radosna, wiosenna właśnie. Każe otworzyć okno,
zaciągnąć się świeżym powietrzem, wyjść na balkon, odpalić
piwo, celebrować chwilę. A poza tym – jak trafia się taki
hicior, jak „Barry Allen”, to naprawdę nie wolno narzekać.
Pod kątem rapowym Jot jest
jak profesor, który doskonale wie, jak ma brzmieć i wie, jak to
osiągnąć. Popisy, podśpiewywanie, pstrokaciznę w nawijce
zostawia świeżo upieczonym magistrom – sam rapuje pewnie, miękko,
flow klei się do bitów i do ucha, a kiwać głową można by do
samych podbić i dopowiedzeń. Ej dobra, kończę już ten artykuł i
wychodzę na długi spacer z „Wiosną 2020” na słuchawkach, bo
mnie rozniesie, jak nie ruszę dupy z kwadratu.